UltraMaraton Bieszczadzki Cisna 2016

2016-10-22

Izabela Augustowska

Na IV ultraMaraton Bieszczadzki namówili mnie koledzy z Klubu Biegacza, ale w sumie żaden z nich nie pojechał. Obowiązki… Dwa miesiące przed planowaną data startu otrzymałam zaproszenie na przyjęcie weselne i zaraz potem telefon od przyszłej Panny Młodej- Mam nadzieję, że w ten weekend nigdzie nie biegniesz?!? Zawieszający ton pytania, chwila ciszy … Przerwałam ją szybkim pytaniem -A gdzie to przyjęcie? Brzesko – padła odpowiedź. Brzesko - Cisna to jakieś 200 km odległości. Będę, odpowiedziałam żwawo. Na szczęście maraton miał się odbyć w niedzielę, więc teoretycznie dwie imprezy można pogodzić. A 8 października należało wdrożyć szalony plan w życie. Na przyjęciu trzeba było uważnie dobierać jedzenie, bo o 7.00 rano start, całkowicie zrezygnować z alkoholu, bo nocą trzeba się przemieścić. A przede wszystkim mądrze rozkładać siły, aby energii wystarczyło do ostatniego kilometra biegu. Do Cisnej dotarliśmy niecałą godzinę przed startem. No w takim popłochu to ja się jeszcze nie przebierałam. Smarowanie stópek, zakładanie kompresów, mód, cytryna, woda chlup do plecaka, jakiś żel na drogę i pędzimy o 6.45 odebrać pakiety, bo miały czekać gdzieś „przy starcie”. Po drodze machnięciem ręki witam się z grupą łódzką i pędzę w poszukiwaniu naszych pakietów. Uffff, czekały. Biegiem do auta po pasek, przypiąć numer, przywiązać chip do buta i gotowe. Ludzie poubierani w kurtki, a mnie rozgrzała bieganina przed biegowa. Kiedy zaczęło się odliczanie, przemknęła mi przez głowę myśl… zapomniałam mojego chlebka mocy, który specjalnie upiekłam na ten bieg ! Buuuuu…. Na takiego wariata, to ja jeszcze nie leciałam po górach 52 km-zamamrotałam pod nosem. Od samego początku przyświecały mi dwie myśli: 1. profesora Skarżyńskiego: JAK CI ZIMNO, TO BIEGNIESZ ZA WOLNO 2. profesora Tomaszewskiego: SZYBCIEJ SKOŃCZYSZ, KRÓCEJ BĘDZIESZ SIĘ MĘCZYŁ. No to w drogę. Pierwsze 14 km asfaltem lekko pod górkę, w połowie spotykam zaprzyjaźnionych łódzkich ultrasów: Ania , KatarzynaJózef. Wszyscy w znakomitych nastrojach , Józek pokrzykuje, aby wydłużyć krok i przyspieszyć , bo na asfalcie trzeba pocisnąć. To jego pierwsze ultra w górach. Dziewczyny nic sobie nie robią z tych słów i radośnie trzymają się swojego tempa. Kasia dzień przed biegiem przepisała się z półmaratonu na ultra i z Anią trzymają się razem. Docieram z dziewczynami na pierwszy punkt odżywczy- Roztoki na 12 km. Józek nie wytrzymał ( tempa koleżanek ?, bo nikt nie poddawał się jego komendom?) i popędził by zakochać się w górskim ultra. Na pierwszym punkcie tylko napoje. Na moje szczęście nie odczuwam jeszcze głodu, pomimo nie zjedzonego śniadania. Weselne jedzonko jeszcze trzyma. Niezwłocznie ruszamy dalej. Wreszcie zaczyna się bieganie po górach, udajemy się na szlak graniczny w kierunku na Balnicę. Zaczyna się pierwsze podejście, zapomniałam o kijach… Kilka dni temu spadł pierwszy śnieg, na wąskich ścieżkach błotna ślizgawka. Nie wiadomo gdzie bezpieczniej, czy po błocie, czy po nierównych kępkach trawy. Chwilka dekoncentracji… pierwsza gleba zaliczona. Padam na kolano i łokieć. Przez 3 km zbieram się psychicznie, bo kolano boli, a to dopiero 17 km. Szybko liczę, że do mety zostało jeszcze 35 km, to jakieś 6 godzin. Biegnę jeszcze chwilkę z Anią i Kasią, a potem jeszcze dwie chwile z Kasią i wyrywam do przodu, aby wdrożyć w życie myśl nr 2, dostosowując ją do stanu swojego ciała ( „im szybciej skończę, tym szybciej pójdę spać”). Tym sposobem docieram do kolejnego punktu żywienia – 26 km w Solince. A tu nadal tylko napoje… wzdycham do mojego chlebka, który został w samochodzie i pędzę dalej z myślą, że za 12 km to sobie podjem, bo na ostatnim punkcie ma być popas… na bogato ! Na 30 km docieram w czasie 03:45:30. Po leśnych duktach biegnie się cudownie, ukradkiem wychodzi słońce, myślę sobie o tym, co ludzie mogą robić w niedzielę o godz. 10.45. Pewnie nastawiają rosół, odpoczywają na kanapie, są w kościele, wyjmują ciasto z piekarnika -to na pewno Ewa, biegną maraton w Poznaniu... A ja sobie tu hasam po złocistych Bieszczadach cała naładowana szczęściem. „Nic nie może przecież wiecznie trwać” przypominają mi się słowa piosenki, gdy zaczyna się masakrujące podejście na Hyrlatą. I nagle patrzę , patrzę i oczom i uszom nie wierzę! Kontrabasista! Wtargał ten olbrzymi instrument na górę, ubrał się w strój galowy i pomimo zimna, stoi i umila nam to piekielne podejście. No pełen szacun dla Pana Romana !!! Nie było osoby , która nie obdarzyłaby Pana szerokim uśmiechem, na chwilkę zapominając o trudach wspinaczki. Oczywiście Pan Roman i jego instrument :) , zrobił na mnie tak piorunujące wrażenie na tej wysokości, że postanowiłam stanąć w kolejce po zdjęcie ! Dziękujemy jeszcze raz za pomysł i jego realizację. To dopiero Twardziel ! Pędzę dalej , bo do ostatniego punktu ( Roztoki) trzeba dobiec przed upływem 6 godzin, zastanawiam się czy zdążę. Szczyt Hyrlatej to 1103m, niby nie dużo, ale potrafi sponiewierać. W końcu długo wyczekiwany 38 km, pozdrawia mnie Józek, który czeka na dziewczyny już od pół godziny. Podnoszę rękę w pośpiechu i odpowiadam, że są gdzieś za mną ( dziewczyny) i pędzę do pomidorowej, ciepłej herbatki z cukrem ( normalnie to nie przepadam za słodką herbatą), chlebka , serków, wędlin , owoców i coli ( normalnie to…, ale na biegu sobie pozwalam). Patrzę na to wszystko oczami dziecka w dniu swoich pierwszych urodzin, co by tu wybrać … Kubek pomidorowej, dwa serki, kubek coli, kanapka, kubek pomidorowej , kubek coli i pieczony chlebek na drogę. Hmmmmm ciekawe czy się po tym wszystkim nie…. , ale co tam, do mety zostało jedynie 14 km, myślę sobie POZYTYWNIE. Ponieważ docieram na punkt kontrolny 37 minut przed jego zamknięciem , to jestem dobrej myśli. W limicie 9 godzin powinnam się zmieścić. Tak mimochodem rzucam jednak okiem na profil trasy na numerze ( normalnie to nie patrzę, aby się nie denerwować, że jakieś długie podejście mam przed sobą). Tak patrzę , patrzę i dotarło do mnie, że najgorsze to dopiero przede mną ! Bieg na spontanie ma swoje zalety i wady. W sumie to nie maiłam żadnych założeń, oprócz jednego: „przebiec maraton bez kontuzji w limicie czasu”, bo za tydzień Gorące Źródła, no i wypadałoby w końcu złamać te 50 minut! Biegnę tak sobie zamyślona, a tu z traw wysuwa się obiektyw aparatu fotograficznego . Zdążyłam się tylko ocknąć, ale już numer startowy został na tyłku, bo tam mnie z nim najwygodniej podczas biegu. Wspinamy się na Okrąglik ( 1101m) i tu znak pokazuje, że do Cisnej zostało 2 godziny i 50 minut. Kawałek zbiegu, potem wspinamy się na kolejne szczyty: Jasło ( 1153m n.p.m.), Szczawnik ( 1098m n.p.m.) Małe Jasło ( 1097 m n.p.m.). Jasło to 44 km biegu, zaczyna trochę wiać i kropić. Nauczona doświadczeniem z Chudego Wawrzyńca, zakładam kurtkę zanim stwierdzę, że przemarzłam. Właśnie w tym miejscu refleksja się gruntuje, jak błoto na stuptutach: DLA TAKICH WIDOKÓW BIEGAM PO GÓRACH ! To nic, że słońce skryło się za chmurami! Czerwonym szlakiem zbiegamy do Cisnej. Aby dodać sobie energii włączam skoczną muzykę. Odpalam piąty bieg i zbiegam tak szybko, że nawet moje przerażenie nie nadąża. Tak bardzo chcę już być na mecie! Ale kilometry ciągną się niemiłosiernie długo. Jakieś 4 km do mety zaczynam psioczyć na wszystko, zbiegi są bardzo strome, czwórki się palą. Przecinam asfalt i tam otrzymuję ostrzeżenie od służb, że jest bardzo ślisko na końcówce i jest wypadek: dziewczyna upadła, załamanie otwarte. Minęłam nieszczęśnicę na 2 km przed metą i rozbeczałam się jak dziecko. Zawsze tak mam, jak widzę jakieś nieszczęście na trasie. Łez nie pohamowałam już do samej linii mety.Uczucia miłości i nienawiści zmieszały i stworzyły mieszankę nie do opanowania. Zastanawiałam się tylko, czy któryś fotograf uchwycił to moje NIEszczęście w zaCHWYCIE. Uchwycił ;) Linię mety przekroczyłam w czasie 07:52:34.80 ( tempo 9,05 km/h), zajmując zaszczytne (!) 382 miejsce open, K40-11, 48 kobieta. Bieg ukończyło 514 zawodników. Zawsze interesują mnie wyniki kobiet. Najlepszą okazała się Ewa Majer, która pokonała trasę 52 km w czasie 5 godzin i 5 minut ( 2000 metrów sumy przewyższeń). Nasuwa się tylko pytanie retoryczne: jak one to robią ?! A na koniec najważniejsze. Ponieważ ultraMaraton Bieszczadzki odbył się w dniu 9 października, to chciałabym go zadedykować mojej przyjaciółce Ela, która tego dnia skończyła magiczne 40 lat. Elu- niech młodość w duszy wre, a marzenia spełniają się. Żywot człeka jest zbyt krótki,
nie ma czasu na „pirdutki”. Jeżeli ktoś dotrwał do końca, niech da o tym znać, przynajmniej rozgrzeszę sobie te 3 h ( z przerwą na obiad ) ślęczenia nad tekstem :) Z pozdrowieniami dla ześwirowanych, nie tylko biegaczy ! Wszystko będzie dobrze –hej! Szisabela.