TRAIL KAMIEŃSK 30 km

2017-01-29

Izabela Augustowska

Połowa listopada, grudzień , styczeń …żadnych startów w zawodach tylko nauka techniki biegania z Panem Jagodą. Nie to żebym narzekała na monotonię, bo codziennie coś innego: magiczna deseczka, zmiana punktu podparcia, kucyk, core stability, wygibasy na piłce gimnastycznej, ćwiczenia z gumami i do tego krótkie ( do 6km) , powolne bieganie , starając się utrzymać wysoką kadencję. Mając takie zaplecze techniczne ostatnich miesięcy, a w głowie wspomnienie zeszłorocznych zawodów, w dniu 29 stycznia 2017r. (niedziela) stanęłam na linii startu Trail Kamieńsk na dystansie 30 km .

„Trasa Trail Kamieńsk została wyznaczona na terenach góry Kamieńska, której wysokość wynosi 386 m. n.p.m. jest to najwyższe wzniesienie w środkowej Polsce. Uczestnicy, którzy zdecydują się na start, do pokonania będą mieli jedną pętlę z licznymi zbiegami i podbiegami oraz niezapomnianymi widokami”- zachęcał organizator na swojej stronie. Pogoda słoneczna , jak w zeszłym roku, z subtelną różnicą, śniegu tym razem nie brakowało, a temperatura wahała się w granicach -8 stopni. Nałożyłam nakładki kolców na buty i stuptuty.

Około 5 minut przed startem biegu na dystansie 30 km , wystartowali zawodnicy na 6 km. W naszym biegu wzięło udział 241 zawodników , w tym tylko niewielki procent kobiet, dokładnie w ilości 27 sztuk.

3,2,1 i … chmara zawodników ruszyła wąską ścieżką na pierwszy podbieg, wiodący między drzewami. Czołówka tych z dłuższego dystansu szybko dogoniła szóstkę i wyobraźcie sobie tę kumulację ludu na wąskiej , dość stromej i miejscami oblodzonej ścieżce. O skręcenie kostki nie było trudno- prawda Pedro ? W tym miejscu kolce nie przeszkadzały. A jak już wbiegłeś, to musisz zbiec. Te 760 metrów zbiegu, w pobliżu działającego orczyka talerzykowego, mieliśmy do pokonania 3 razy. Za pierwszym razem biegłam środkiem trasy i tu muszę przyznać , że kolce się przydały, w szczególności na dole, gdzie usytułowana była meta. Jeszcze świeżutkie czworogłowe, można było się rozpędzić, ale ja zbiegałam dość asekuracyjnie , pilnując właściwej jagodowej techniki. Mijam linię mety , słychać mobilizujący doping, dalej zakorkowało się przed głębokim rowem , gdzie zasadził się Foto Doktorek i cyknął zdjęcie z zaskoczenia. Jesteśmy na jakimś 3 km i już bez wiwatujących kibiców, błysku fleszy ruszamy w swoją wędrówkę. Na tym odcinku biegniemy jeszcze po dobrze ubitym śniegu, cieszę się z kolców na butach. Mosteczek, potem skręt w prawo do lasu. Trochę odpoczywam przechodząc do marszu na podejściu. Po zaledwie kilku metrach zaczyna się długa prosta z lekkim nachyleniem w górę. No nic trzeba zacząć biec. Słońce pięknie przygrzewa na otwartej przestrzeni. Zakręt w lewo i kolejna prosta lekko nachylona, oczywiście w górę. Tu marsz przeplatam z lekkim biegiem. Mijam wykończone dziewczyny z szóstki i trochę im zazdroszczę, że niedługo skończą. Dobiegamy do rozwidlenia, gdzie wolontariusz kieruje szóstki na prawo, a trzydziestki na lewo.

Okrężną drogą docieramy do zbiegu po stoku narciarskim. Idealna pogoda sprowadziła tego dnia tłumy ludzi, chcących zaznać zimowego szaleństwa. Głośna muzyka i radosna atmosfera zabawy dodawała animuszu. Tym razem zbiegam tuż obok pędzącego w górę orczyka, z uwagi na pięknie wyratrakowany śnieg. Robię uniki i odskakuję , gdy ktoś wpadnie na spontaniczny pomysł wypięcia się w połowie trasy. Ale nie rezygnuję i biegnę dalej. Gdy w oddali zauważam Tomka , postanawiam go dogonić na zbiegu. Pokonuję strach i pędzę, mięśnie mi jeszcze na to pozwalają. Prowadzący ostrzega przez mikrofon, aby nie biec środkiem , bo jest oblodzenie, ale ja mam przecież kolce. Mijam metę zaraz za Tomkiem .

Potem kolejny raz głęboki rów, już bez tłumów. Rozpędzona zbiegam i wbiegam , noga lekko się zachwiała, zabolała kostka. Ruszam nogą, wszystko w porządku. Mijam Tomka, który postanawia biec swoim tempem ( i słusznie ). Na długiej prostej widzę charakterystyczne kiwanie się w biegu Marka. Kiedy dobiegam bliżej słyszę tylko stanowcze: „leć”. No to biegnę, czekając już na podejście, aby trochę odpocząć. Pokonujemy te same lekkie, długie wzniesienia , ale na trasie już mniej zawodników.

Zaczyna się samotność długodystansowca, włączam muzykę i wkraczam w krainę niekończącego się kopnego śniegu. Droga wydeptana na szerokość jednej stopy, zatem trzeba unosić nogi i bieg w linii prostej, jak modelka na wybiegu, co dla mnie skutkuje bolesnym uderzaniem kolcami o kostkę. Chcąc kogoś wyprzedzić , ląduję po łydki w śniegu, czuję, że buty zaczynają mi przemakać. Nadziewam się biodrem na wystającą gałąź, chcąc wyprzedzić chłopaka z psem, o czym zapominam w dniu zawodów, bo siniak wyszedł dopiero na drugi dzień.

Przebiegnięcie 18 km zajęło mi 02.09:07. Zaopatrzona w swoje picie ( woda z miodem i cytryną ), kanapkę ze swojego chleba z awokado, żel, batonik, mijam punk odżywczy , nie zatrzymując się. Ostatecznie zjadłam tylko żel i wypiłam kilka łyków napoju, bo uznałam , że to na tyle krótki dystans, że poczekam i najem się na mecie. Ale po co było targać litr picia… tego nie wiem.

Za punktem odżywczym miła niespodzianka dla biegaczy- piękna , szeroka, bez grama śniegu , droga asfaltowa. A dla mnie …narzędzie torturowania moich stóp uzbrojonych w drapieżne kolce, mające chronić przed upadkiem na oblodzonej powierzchni. Mam dwa wyjścia: zdjąć kolce lub przelecieć w nich, z nadzieją, że asfalt szybko się skończy. W momencie jak przypomniałam sobie, ile czasu zajęło mi naciągnięcie ich na buty, co wiązałoby się ze zdjęciem również stuptutów, popędziłam jak szalona w dół, z genialną z myślą w głowie „im szybciej, tym krócej”. W mojej ocenie trwało to jakieś 3 km i wystarczyło, aby na wrażliwych miejscach stóp, zrobiły się pęcherze. Okazało się , że moje stopy są zbyt wąskie na takie rozstawienie kolców. Pamiętaj , aby zwrócić uwagę również na taki drobiazg.

Tym razem śnieżną drogę powitałam z radością, ale na krótko. Kilometry zaczęły się dłużyć w nieskończoność. Nie chcąc zajmować się zmianą muzyki, słuchałam jakiegoś smętnego jazzu. W momentach kryzysu przywoływałam tylko dwie myśli: podrywaj pięty i rozluźniaj staw skokowy. Mijałam kontuzjowanych zawodników, a mnie mijali ci z większym zasobem sił. Ale czy byli to zawodnicy szybsi ? Nie, to ci, którzy dali radę najmniej zwolnić. Gratuluję Kamila, wyprzedziłaś mnie na ostatniej prostej, przed stokiem narciarskim i już nie dałam rady cię dogonić.

Ostatnie, katorżnicze podejście pod stok narciarki od prawej strony. Mięśnie już w zenicie zmęczenia, noga chwiejna , wszędobylski śnieg nie ułatwia sprawy, z trudem łapiesz mroźne powietrze. Wdaje ci się , że szczyt już blisko, a tu kolejna prosta w kopnym śniegu. Daję się wyprzedzić jeszcze jednej dziewczynie. Na szczycie już wiem , że to już koniec, już tylko ostatni , trzeci zbieg koło orczyka. Orientuję się , że zostały mi 3 minuty do złamania 4 godzin. Pędzę bez świeżości w nogach, obierając tę samą taktykę, co poprzednio. Ktoś mnie pozdrawia z orczyka ( dziękuję Andrzej) , a ja mam w głowie tylko te 3 minuty. Po 30 km wpadam na metę w czasie 03:59:47, średnie tempo 7:60! Huuuuraaaa ! Choć w zeszłym roku udało mi się wprawdzie przebiec tę trasę w 03:46:17 ( w warunkach wiosennych) , z tegorocznego biegu jestem zadowolona.

A teraz trochę statystyk: open 154 na 241, kobieta 15 na 27, a za mną wbiegło jeszcze 87 zawodników. Ta, której udało się najmniej zwolnić to Dominika Stelmach, która zakasowała wszystkich facetów i wbiegła na metę pierwsza w rewelacyjnym czasie 02:35:16. Brawa dla wszystkich , którzy podjęli to wyzwanie biegowe, bo każdy walczył z samym sobą. A dlaczego trasa nie była odśnieżona ? Bo to trail drogi zawodniku , a śnieg to dodatkowy element pozwalający ci się jeszcze bardziej styrać. Doszłam do siebie po 5 dniach, aby o świcie przebiec kolejne 20 km. Mam na imię Szisabela i jestem uzależniona ;)