BIEGI W SZCZAWNICY "NIEPOKORNY MNICH" 96 km

2018-04-21

Izabela Augustowska

Kochani !
Piszę tę relację dla osób, które nie biegają wcale, aby ich przenieść w ten klimat i dla osób, które marzą, aby biegać po górach, by pokazać im, z czym wiąże się podjęcie takiego wyzwania.
Niepokornym Mnich to najdłuższy i najtrudniejszy bieg rozgrywany podczas Biegów w Szczawnicy: 96,6 km ( a w rzeczywistości prawie 100 km) z przewyższeniem+4100m/-4100m. Bieg był częścią Korony Polskich Ultramaratonów.
Startujemy o godz. 3.00 i musimy się zmieścić w limicie 17 h, czyli do godz. 20.00. Z naszego Klubu Biegacza Geotermia Uniejów, w tym roku podjął jeszcze wyzwanie Marek Długosz i Wojtek Jakubowski. Dobrze się czułam , że na starcie stoję w asyście chłopaków, to podziałało na głowę. Organizator jeszcze nie podał, ile osób ostatecznie wystartowało, ale limit zapisów to 300 osób. 
Wrócę jeszcze na chwilę do edycji zeszłorocznej , w której również brałam udział. Z uwagi na obfite opady śniegu, w zeszłym roku Organizatorzy skrócili trasę o całą część na Słowacji, czyli wyszły jakieś 64 km. I tym sposobem powstał już oficjalnie w tym roku nowy dystans biegu Dziki Groń. Ale wróćmy do zeszłego roku. Pogoda na biegu była jesienno - zimowa, padał śnieg, deszcz, było dużo błota. Przebiegłam te 64 km w 11 godzin i 23 minuty, jako 206 w open na 260 startujących i 21 kobieta na 33 startujące w tym biegu panie. Ponieważ ja znacznie bardziej lubię do biegania aurę chłodniejszą , w zeszłym roku, to była moja pogoda. 
A jak było w tym roku ? Pierwszy najpiękniejszy, najsłoneczniejszy i najcieplejszy dzień w tym roku: 28 stopni w cieniu, mało wilgoci w powietrzu. O 3.00 rano jakieś 5 stopni. Zaczęłam w krótkim rękawku i wiatrówce, w spodenkach za kolano i kompresach na łydkach. Na butach miała stuptuty, aby chroniły przed wpadającymi kamyczkami. W trkackie nie zmieniłam ubrania, tylko zdjęłam kurtkę. Żałowałam, że na przepak nie zabrałam krótkich spodenek. Miałam ze sobą zwykłe ( dość ciężkie) kije trekkingowe. 
Wiedziałam, że bateria w zegarku wytrzymam mi jakieś 7-8 h, więc pierwszy raz na taki bieg zabrałam pasek do pomiaru tętna, aby nauczyć się szacować je z oddechu. Zasadą było, aby w żądnym momencie ( nawet na stromych podejściach) nie przekroczyć 170ud./min. I tego się trzymałam , więc tempo dyktowało tętno. 
Na jakimś 7 km zgubiliśmy się całą grupą, wcześniej trzeba było skręcić w prawo, a wszyscy polecieli prosto, a ja za nimi jak ta łowieczka. Może jakiś kilometr nadrobiliśmy. 
Po przebiegnięciu 13,5 km był pierwszy punk żywieniowy – przy Schronisku na Przehybie. Niebo zaczynało się robić czerwone, co zapowiadało bardzo słoneczny dzień. Tu musiałam zaliczyć poranną toaletę, bo moje jelita jeszcze się nie obudziły przed startem. Trochę mi to zajęło, przejście do toalety w schronisku w piwnicy, więc jak wyszłam , to na punkt wbiegł Wojtek i się spotkaliśmy. Marek był już przed nami. Wojtek nagrał jeszcze filmik, jak zaczęliśmy biec i ja popędziłam dalej o wiele lżejsza. 
Myślałam sobie, aby zrobić trochę kilometrów, zanim wyjdzie słońce, ale ja powoli się rozkręcam i tempo miałam jakieś 9:30-10:00/km przy średnim tętnie 157 ud./min. 
Następny punkt żywieniowy był w Rytrze ( Hotel Perła Południa) na 22.5 km. Zabrałam do plecaka 1 l wody z miodem i cytryną i ostatecznie mogłam wziąć 0,50 l, bo lżej byłoby nieść, a w nocy jeszcze nie chce się tak pić. Tu miałam jeszcze znaczny zapas wody, więc tylko napiłam się ciepłej herbaty z cukrem, zjadłam kawałeczek bułki z nutellą, pomarańcze i wypiłam drugi żel. Przewód pokarmowy jeszcze śpiący, więc nie odczuwałam głodu i podjadałam coś z rozsądku. 
Na całej trasie mieliśmy tylko jeden przepak (dla niebiegających: każdy zawodnik może skorzystać w tym miejscu z wcześniej zdeponowanych rzeczy). 2 km przed przepakiem padła mi bateria w zegarku, ale zdążyłam zapisać ten odcinek 42 km, aby potem wyciągnąć wnioski. W tym samym momencie podjęłam decyzję, że na przepaku zostawiam kije, bo trochę zaczęły boleć mnie ręce i czułam ograniczenia w bieganiu, bo musiałam je cały czas trzymać w jednej lub drugiej ręce. Ważna informację, jak chcesz biegać po górach z kijami, to trenuj, co jakiś czas również z kijami i pełnym plecakiem. 
W Bacówce na Obidzy na 44,3 km zameldowałam się o 10.20. Limit na tym punkcie to 8, 5 h, czyli do godz. 11:30. Wtedy to już byłam bardzo głodna. Na punkcie atmosfera pikniku, ludzie siedzieli na trawce. Zjadłam dwie miski zupy , chyba dyniowej, pół ziemniaczka i wypiłam kubek pepsi, kubek wody i 50 ml chlorofilu o smaku miętowym, który mnie bardzo orzeźwił na żołądku. Poprosiłam o napełnienie bukłaka mniej słodkim napojem izotonicznym. Cały czas stałam, bo bałam się , że potem nie wstanę. Do tego momentu kondycyjnie czułam się jeszcze dobrze, nogi jeszcze nie bolały. Ale wiedziałam , że najgorsze jeszcze mnie czeka. Może nie tyle kilometry do przebiegnięcia , co pogoda. Na punkcie zostawiłam kije, zegarek, pas HR, dużą lampkę i poczułam się lżejsza, choć była do ułuda, bo plecak miałam cięższy o cały litr picia i dwie kromki mojego chleba. 
Za Obidzą zaczęło robić się gorąco, czułam, jak słabnę przez to słońce. Niewielki wiaterek dawał trochę wytchnienia. Na stromych podejściach na Horbalową miałam swój pierwszy kryzys, dwa razy się zatrzymałam i robiłam psa z głową w dół. Tak mi się skojarzyło , że w tej pozycji na jodze odpoczywamy. Pomogło na tyle , że w tempie żółwia, kroczek po kroczku poruszałam się do przodu. Nie wiedziałam , na którym jestem kilometrze, która jest godzina, nie patrzyłam na profil trasy ( aby się nie dołować, ile jeszcze zostało) i nie miała pewności , czy uda mi się ten bieg ukończyć w limicie czasu. Na wszystkich punktach szukałam Marka, bo wiedziałam , że jest przede mną i cały czas w tej głowie goniłam za nim. 
Na słowackiej stronie cisza i spokój, w końcu dotarliśmy do miejscowości, gdzie życie toczyło się leniwie, ludzie siedzieli przy stolikach, sącząc zimnie piwo (co ja był dała za szklaneczkę takiego zimnego napoju, który nie jest słodki !). Inni kosili trawę , a turyści korzystali z Kupele, bo to miejscowość uzdrowiskowa. Drugie marzenie , zanurzyć zmęczone i zgrzane słońcem ciało w wodzie. Punkt żywieniowy na Słowacji to Wyżne Rużbachy Kupele ( 64,7 km) i trzeba było się tam zameldować do godz. 15.00 ( 12 godzin). Nawet nie sprawdziłam , o której tam byłam, ale biegnąc na punkt, myślałam sobie, że pierwsze co zrobię, to położę się gdzieś w cieniu na trawce i zasnę. Nie ważne, co będzie dalej. Jedyne, na co sobie pozwoliłam , to usiąść na kamiennych schodach. Wypiłam chlorofil, zjadłam miskę zupy pomorowej z ryżem , jedną bułkę z serem, kilka słonych orzeszków i tuż przed wyjściem zjadłam żel i popiłam wodą. 
Ruszyłam w trasę, niby już blisko, ale jednak to 31km wciąż przed nami. Teraz już bieg się tak rozciągnął, że wiele odcinków byłam sama. Na otwartej przestrzeni słoneczko operowało, chyba trzy osoby krzyknęły do mnie: ale się pani opaliła! Odpaliłam muzykę, to taki plasterek na ból, który wędrował po całym ciele, myślałam , że pomoże nawet na ciężki żołądek. Czułam , że ten ostatni ( piąty żel ) się nie przyjął. Od żołądka lub upału zaczęła boleć mnie głowa. Musiałam coś z tym zrobić, środków przeciwbólowych na biegu nie uznaję, więc wywołałam wymioty. Wyprowadziłam żel cytrynowy na zewnątrz i przeszedł był żołądka i głowy. To taki mój pionierki sposób, bo nigdy wcześniej nie musiałam czegoś takiego zastosować. Do końca biegu nie ruszyłam już żadnego żelu. 
Biegnąc sama, zamyśliłam się i dorwał mnie jakieś duży pies, wtedy się zorientowała, że znów się zgubiłam. Jakaś pani z oddala krzyczała, że mam wrócić i pod górę. Coś ponownie nadrobiłam. 
Gdzieś na tym etapie zagadał ze mną Andrzej, organizator Gwinta i tak się już trzymaliśmy razem aż do „testu charakteru”. Trochę powymienialiśmy się myślami, ile to przyjemnych rzeczy można było robić w tą piękną, słoneczną sobotę, na jakie jeszcze bigi jesteśmy zapisani i oboje jednogłośnie stwierdziliśmy , że czas skończyć takie długie ultra, bo po jakiego grzyba tak się katować. To był ten moment, gdy kobieta podczas porodu krzyczy, nigdy więcej ! Ale zobaczymy, co będzie , jak ból przeminie. Podczas jednego stromego podejścia pozwoliliśmy sobie nawet na 3 minutowy relaks pod drzewkiem, ja z nogami do góry. Dotarcie na ostatni punkt żywieniowy, to była wspinaczka na czworakach, tak było stromo. 79,1 km mieliśmy już za sobą. Na punkcie chciało mi się tylko pić i piłam wodę na przemian z colą. Zjadłam pół pomarańczy. Nie uzupełniałam już bukłaku. 
17, 5 km było jeszcze przed nami, w tym „test charakteru”. Czekało nas jedno podejście i już do samego końca zbiegi dość trudne technicznie, kręte i strome, głównie po lesie. Czwórki już się paliły, nogi potykały o najmniejsze kamienie, stopy bolały od spodu od tych kamieni. Miałam obawy, czy zdążymy w limicie. I w końcu dotarliśmy do Czerwonego Klasztoru i nadszedł „test charakteru” , czyli 10km wzdłuż Dunajca prawie płaską ścieżką do Szczawnicy. Tu naprzemiennie szliśmy i biegliśmy, muzyka już nie pomagała. „A droga długa jest, nie wiadomo , czy ma kres, a droga kręta jest, co dalej za zakrętem jest” ( z piosenki „Droga długa jest” zespołu AKURAT). A za zakrętem kolejny odcinek krętej drogi i tylko chłód od Dunajca dawał trochę wytchnienia. Raz nawet „crazy frog” poderwał mnie do dłuższego odcinka szybszego biegu i wyprzedziliśmy kilku biegaczy. Ale to było wszystko, na co było mnie stać w tym momencie. I nagle patrzę i widzę Marka idzie do nas z przeciwka, byłam pewna, że już dawno skończył, wykąpał się i wyszedł mi naprzeciw. Tylko jakoś tak rześko szedł…Zostały jeszcze jakieś 5 km do mety. Andrzej uznał, że jestem już w towarzystwie Marka i pognał do mety, a ja go goniłam przeplatając bieg z szybkim marszem. Tuż przed metą zobaczyłam Ewę i Wojtka. Z wielkim wzruszenie, radością i wdzięcznością ( że to się już skończyło !!) wbiegłam na metę. 
Cały bieg zajął mi 16 godzin 29 minut, byłam 159 w open i 18 kobieta. Bieg ukończyło 209 osób, w tym 28 kobiet. 
Dziś chodzę jak paralityk, schody to duże wyzwanie, mięśnie przemęczone, ale ukończyłam bieg bez upadku i kontuzji, za co jestem bardzo wdzięczna. Dziękuję z całego serca tym, co trzymali za mnie kciuki i mentalnie mnie wspierali. Jesteście Kochani !!! Wcale nie jestem taka zajeb…sta, ale na pewno podszyta szaleństwem, bo musiałam się porachować z tym Mnichem, aby mieć na najbliższe kilka lat spokój.